Męczące książki.

Dziwny tytuł, wiem. No ale są dobre książki, złe książki (pojęcie względne), to mogą być też męczące. Chcemy je przeczytać, więc mimo wszystko je czytamy, ale trwa to miesiącami. Czasem z długaśnymi przerwami na sto innych pozycji (true story). Jestem pewna, że każdy mol książkowy (tak, to ja) ma takie pozycje, które po prostu go wymęczyły do granic możliwości. Ja mam takich kilka. I nie są to niszowe pozycje, znane tylko i wyłącznie przez mieszkańców bibliotek, ale takie, które kojarzy chyba każdy, kto choć trochę książki lubi i zdarzy mu się wejść do księgarni (jedno z moich ulubionych zajęć).

Szczepan Twardoch „Morfina”

Niedawno skończyłam czytać i zajęło mi to tylko (porównując do innych książek z tej listy) miesiąc. Genialna, ale na początku trudna narracja. Kto czytał, ten wie. Czytając pierwsze strony, nie mogłam ogarnąć co i jak, serio. Do teraz nie jestem w stanie wyjść z podziwu dla Pana Szczepana! Czytając Morfinę, stale zastanawiałam się, co trzeba mieć w głowie, żeby stworzyć takie dzieło. Niektórzy pisarze, to jednak geniusze.

Miałam pisać o tym, że książki męczą, a niemalże wystawiłam Twardocha na piedestał. Co takiego męczącego było w Morfinie? Chyba Konstanty, główny bohater. Jego złożony charakter powoduje, że w moim mniemaniu, zdecydowanie nie jest to książka na jeden wieczór, czy też na weekend. Konstanty to taki typ bohatera psychologicznego. Jego charakter zdecydowanie omawialibyście w liceum przez kilka lekcji języka polskiego. Inaczej po prostu się nie da. Po kilku stronach musiałam odkładać książkę, żeby wszystko przetrawić.

Carlos Ruiz Zafón „Cień wiatru”

Prawdziwy bestseller. Wcale się nie dziwię, bo historia jest wspaniała. Jak dorwałam tę książkę w swojej szkolnej bibliotece, od razu na następnej lekcji zaczęłam czytać. Pani nauczycielka powiedziała, że pochłonęła ją w dwa dni. Liczyłam na to samo, bo w kolejce miałam kilka innych książek, których wręcz nie mogłam się doczekać. Rzeczywistość, jak to rzeczywistość, wszystko zweryfikowała. Czytałam przez ponad pół roku. Przerwałam na kilka miesięcy, po powrocie nagle zaczęła się akcja i szybko skończyłam. Akurat w tym przypadku nie potrafię stwierdzić dlaczego. Interesująca historia, moja ukochana Hiszpania, czasy gen. Franco – wszystko, co kocham. Coś nie zadziałało i tyle. Niemniej jednak – polecam. O ile Zafona trzeba komukolwiek polecać, bo chyba wszyscy go czytali. Teraz muszę się zabrać za drugą część cyklu.

Mario Vargas Llosa „Raj tuż za rogiem”

Cudny tytuł, literatura iberoamerykańska, polecone przez mojego guru w kwestii literatury. Pożyczone też od niego. Aż wstyd było trzymać te 3-4 miesiące… Pierwsze podejście do tego autora (Kto zabił Palomina Molero?) było bardzo udane, więc liczyłam, że z Rajem… będzie podobnie. Przeliczyłam się. Dwie, w pewien sposób powiązane ze sobą, równoległe historie, toczące się na dwóch krańcach świata. Działaczka społeczna i malarz. Ciężka książka, bo sporo tam nawiązań do historii, sytuacji kobiet w ówczesnej Francji. A takie rzeczy mimo, że są bardzo interesujące, to zazwyczaj ciężko przez nie przebrnąć. Mimo wszystko. Ale lepiej kupić, niż wypożyczyć, czy też pożyczyć od kogoś i trzymać w nieskończoność.

Gabriela García Márquez „Miłość w czasach zarazy”

Piękna historia. Jak każda o miłości. Po raz kolejny autor iberoamerykański. Mam do nich jakąś słabość. Po kilku podejściach wiem już, że to trudna miłość ;) „Miłość w czasach zarazy” to historia piękna, ale męcząca. Chyba przez język Marqueza. Jego powieści mają w sobie coś takiego, że czyta je się z zachwytem i ciekawością, ale niełatwo przez nie przebrnąć. Mam na myśli, to że jego język jest, jakby… plastyczny, ale czasem trudny w odbiorze. Niekiedy przez kilka stron nic ciekawego nie wynika i pewnie dlatego czytanie się ciągnie. Przecież, jak coś nie sprawia przyjemności, to wszystko trwa duuużo dłużej.

W ogóle autorzy iberoamerykańscy tak mają. Czytasz, czytasz jest fajnie, a potem przez chwilę nic. I chyba za to ich uwielbiam. Czytając mogę marudzić, ale i tak sięgnę po kolejną pozycję.

Przy okazji Marqueza, polecam zapoznać się z realizmem magicznym. Bardzo ciekawy nurt, co wskazuje sama nazwa. Ale ostrzegam, że czytanie powieści tego typu, to ciężka, ale dosyć zabawna przeprawa, z której na pozór nic nie wynika. Łatwo się zgubić, ale fajne jest odnajdywanie się w takiej powieści :) Zresztą Márquez dostał Nobla w dziedzinie literatury za pisanie właśnie w tym nurcie. Arcydzieło Marqueza – „Sto lat samotności” to sztandarowa pozycja realizmu magicznego. Powiedziano mi, że czytając Sto lat… trzeba mieć przy sobie notes i długopis, żeby zapisywać wszystkich bohaterów, bo inaczej się tego nie ogarnie ;) Sprawdzę, jak będę czytać. Teraz polecę inną pozycję – „O miłości i innych demonach”. Mniejszy hardkor, ale też można się zgubić.

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że W KOŃCU napisałam co nieco o książkach :) Dla mnie to temat rzeka, więc możecie spodziewać się dużo więcej wpisów na ten temat. W mojej mini domowej biblioteczce, zawsze  coś czeka w kolejce :) // źródło zdjęcia //

PS. Gorąco polecam wszystkie te książki, bo są po prostu świetne. To, że mnie lekko wymęczyły, nie oznacza, że z wami też tak będzie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s